— Nie. Pan wylądował?

— Tak.

To dziwne. Lecieli na jakichś pięciu tysiącach metrów i nie dostrzegli maszyny? Nagle rzucam okiem na skrzydła i wszystko staje się jasne. Jakiś mądry inżynier kazał pomalować kadłub i skrzydła na jasnobrązowy kolor, uzasadniając to bardzo naukowymi rozważaniami o właściwościach atmosfery Wenus, pochłanianiu, promieniowaniu i tak dalej… Maszyna tak zlała się z kolorytem gruntu, że z wysokości nie można jej było spostrzec.

— A w pelengatorze nic nie było widać? — pytam jeszcze. — Zakłócenia, co?

— Tak.

Teraz muszę uważać, bo w środku ekranu ukazuje się świecący krążek. Oznacza to, że jestem już niedaleko rakiety. Samolot nie może dostać się do jej wnętrza tą samą drogą, którą wylatuje.

Sołtyk zaczyna mówić:

— Czy pan nas widzi, pilocie?

— Nie — odpowiadam wytężając wzrok, lecz wokół kłębią się tylko mleczne opary.

— To przejdź pan na radar. — Jak się pan czuje?