— Zupełnie dobrze.
Na ekranie radaroskopu pojawia się wkrótce pomniejszone, długie wrzeciono. Sołtyk odzywa się:
— Zaczynam podawać: osiem, piętnaście.
Osiem, piętnaście — powtarzam i naciskam lekko rączkę gazu, równocześnie wznosząc maszynę w górę. Staram się utrzymywać obraz rakiety na skrzyżowaniu białych linii w radaroskopie. Samolot i rakieta muszą zbliżyć się na odległość co najmniej piętnastu metrów — ewolucja dość łatwa, trzeba się tylko dokładnie kierować wskazaniami przyrządów.
— Sześć, sześć!
— Sześć, sześć — powtarzam. Jeszcze minuta i chmura nade mną ciemnieje. Odrywam oczy od niepotrzebnego już radaroskopu. Z białej głębi wylania się kadłub pocisku.
— Widzę was! — wołam sprawdzając wskazania zegarów.
— Jeden, osiem!
— Jest jeden, osiem — odpowiada Sołtyk. — Uwaga! Przechodzimy na „pepe”!
„Pepe” — oznacza „paliwo pomocnicze”. W czasie przyjmowania samolotu na pokład nie napędza się rakiety silnikami atomowymi, gdyż przy nieudanym manewrze samolot może dostać się w strumień ich gazów odrzutowych, co jest równoznaczne z katastrofą. Dlatego używa się wtedy paliwa pomocniczego — mieszaniny wodoru z tlenem.