Odgłos motorów rakiety zmienia się. Równomierne huczenie przechodzi w wysoki, zajękliwy ton: to wyją sprężarki turboreaktorów. Ostrożnie podciągam drążek sterowy. Olbrzymi, wypukły brzuch Kosmokratora rzuca już na mnie swój chłodny cień.
— Sześć dziesiętnych!
— Jest sześć dziesiętnych.
Teraz kierunek i szybkość obu statków musi zejść się z najwyższą dokładnością. W napięciu śledzę cofającą się wskazówkę zegara i po milimetrze przesuwam dźwignię gazu.
— Zero! Uwaga, zero!
— Jest zero.
Kosmokrator wisi tuż nade mną. Zdaje się, że wyciągnąwszy rękę mógłbym dotknąć ciemnosrebrzystych płyt jego pancerza. Rozlega się głuchy szczęk. W obie strony opadają klapy, rozwiera się wnętrze luki załadunkowej i samolot, wessany polem magnetycznym, leci w górę. W chwili kiedy nagły mrok zamienia jasność dnia, wyłączam motor. Pokrywy zamykają się z łoskotem. Jeszcze jedno uderzenie metalu o metal — to elastyczne trzpienie przyjmują na siebie ciężar maszyny. Słyszą przeraźliwe syczenie sprężonego powietrza, wydmuchującego ze śluzy atmosferę planety. Potem wszystko cichnie i lampy zapalają się spokojnym blaskiem.
Reguła korkociągu
W niespełna godzinę rakieta znalazła się nad jeziorem. Opadaliśmy w dół, a góry stawały się coraz większe i wyższe, woda coraz rozleglejsza, jej ciemna powierzchnia zakotłowała nagle w ogniu gazów atomowych i Kosmokrator, pozostawiając za sobą biały, pienisty ślad, przepłynął kilkaset metrów, aż znieruchomiał, nieznacznie kołysany falami.
Gdy silniki zamilkły, Arseniew wezwał mnie do wspólnej kabiny, żebym złożył sprawozdanie z lotu. Byłem pewny, że moje odkrycie pokieruje dalszym biegiem badań i niezwłocznie wyruszymy do martwego lasu na poszukiwanie metalowych mrówek. Mego małego więźnia utraciłem niestety przez nieopatrzność: wiatr, powstały w chwili startu, zdmuchnął go wraz z pudełkiem ze skrzydła samolotu.