Kiedy skończyłem opowiadanie, zaległa krótka cisza, którą przerwał Arseniew.
— Rozczarował mnie pan. Proszę nie sądzić, że cała ta przygoda skończyła się dobrze. Oby tak było, nie wiadomo jednak, jak wielką dawkę promieniowania pochłonął pański organizm. Eskapada w głąb martwego lasu była czymś więcej niż lekkomyślnością: była przewinieniem. Do motywów postępowania włączył pan ten, którego włączać nie miał pan prawa: własną śmierć. Chciał pan zaspokoić ciekawość, nie bacząc na niebezpieczeństwo, tak jakby zguba po kilkunastu godzinach samotności była rzeczywiście nieuchronna. To, co pan zrobił, było dowodem odwagi, ale odwaga nie poparta rozsądkiem niewiele jest warta. Jeżeli każdy z nas weźmie się do chaotycznych poszukiwań na własną rękę, nasza wyprawa źle się skończy… Czy chce pan coś odpowiedzieć?
— Nie.
— Powiedziałem to wszystko w obecności towarzyszy — ciągnął Arseniew łagodniej — żebyśmy w przyszłości nie popełniali podobnych błędów. Ryzykować wolno nam tylko w razie konieczności; jeśli ona zajdzie, możecie być pewni, że od was i siebie będę żądał wszystkiego. Tak. Więcej mówić o tym nie będziemy. Chciałbym teraz usłyszeć wasze propozycje, co mamy począć.
— Jesteśmy w sytuacji człowieka — odezwał się Lao — Czu — przed którym otworzyła się książka napisana w niezrozumiałym języku. Podejrzewam, że na dobitkę na środkowej stronicy, i to do góry nogami. Jak długo nie wiemy, co jest istotne, a co przypadkowe, co główne, a co nieważne, zachodzi obawa, że postępowanie narzucić nam mogą okolicznościowe znaleziska i fałszywe hipotezy. Dlatego proponuję, żebyśmy w ogóle nie zajmowali się roztrząsaniem, czy twory, które odkrył Smith, są metalowymi owadami, czy nie, a jeżeli są, to czy stanowią głównych mieszkańców planety, ale żebyśmy przystąpili do badania okolicy w pobliżu Kosmokratora, sporządziwszy mapę jeziora, stworzywszy sobie bazę operacyjną dla dalszych wypadów. Nie chcę nikomu narzucać mego przekonania, ale uważam, że musimy gromadzić jak najwięcej faktów, a z ich tłumaczeniem należy poczekać.
— Jednym słowem, hypotheses non fingere? — rzekł Czandrasekar.
— Tak — odparł Chińczyk. — Niechże nasze badania rozpoczną się od tej wielkiej zasady Newtona.
* * *
Cztery dni upłynęły na nieustającej pracy. Codziennie rano wzbijałem się helikopterem w powietrze dla dokonania zdjęć fotogramometrycznych i pomiarów teodolitowych. Po powrocie układaliśmy z Sołtykiem wywołane zdjęcia w lotniczą mapę stereoskopową i nanosiliśmy rzeźbę terenu na siatki kartograficzne. Tak powstała mapa okolicy w promieniu sześćdziesięciu kilometrów. Tymczasem druga grupa operacyjna, w której skład wchodzili Rainer i Oswaticz, przeprowadzała geologiczne sondowanie terenu. W tym celu zakładano w nadbrzeżnych skałach ładunki wybuchowe i zapalano je. Kiedy wisiałem w kabinie helikoptera nad jakimś szczytem, który był podstawą trójkąta triangulacyjnego, kotlina w dole grzmiała jak kuźnia cyklopów. Pod powłoką mgły przewalał się łoskot eksplozyj. Uczeni stwarzali sztuczne trzęsienie gruntu i. rejestrując fale sejsmiczne za pomocą czułych przyrządów, poznawali budowę głębokich pokładów skały.
Arseniew i Lao — Czu pływali motorówkami po jeziorze, badając ukształtowanie dna sonda ultradźwiękową. Wszystkie prace ogromnie utrudniała mgła, nad którą wznosiły się tylko najwyższe ściany skalne. Fizycy próbowali rozproszyć ją za pomocą emitorów radioaktywnych. Słupy promieni jonizowały parę, która opadała drobnym, ciepłym deszczem, lecz nie upływało dwadzieścia minut, a znowu jej kłęby zalegały przestrzeń. Drugiego dnia Arseniew i Oswaticz krążąc po jeziorze zauważyli, że sonda daje gdzieniegdzie podwójne wskazania. Aparat ten wysyła w głąb wody fale dźwiękowe, które powracają po odbiciu od dna, a z czasu, jaki dzieli wysłany impuls od echa, oblicza się głębokość. W niektórych miejscach powracające echo było zniekształcone jakby dwukrotnym odbiciem. Dokładne badanie wykazało, że tuż nad dnem jeziora przebiega długi, zawieszony w wodzie przedmiot, kształtu wielkiej rury. Średnicę jej oceniono na pięć do sześciu metrów. Rura szła prosto jak strzelił na północny wschód, dochodziła do brzegu, wnikała weń na głębokości sześćdziesięciu metrów, przebijała masyw skalny pod przełęczą, w która wprowadziłem samolot w czasie pierwszego lotu zwiadowczego, i biegła dalej pod równina. Śledząc bieg rury w przeciwnym kierunku, uczeni dotarli do drugiego krańca jeziora. Wygląd jego był osobliwy. Zamiast ogromnych, szarobiałych głazów, zaścielających wszędzie brzegi, nad wodą stał czarny, wypukły wał, podobny do boku przewróconego okrętu. Pod stąpnięciem okutych butów wydawał dźwiękliwe, krótkie tony. Pobieżna analiza wykazała, że jest to pokład żelaza, pokryty wydmami łuskowatej rdzy. Zawezwano mnie i mój helikopter; za pomocą radaroskopu i aparatu indukcyjnego oznaczyłem granice żelaznej formacji. Nie przekraczając nigdzie grubości czterech metrów rozpościerała się na powierzchni sześciu kilometrów kwadratowych. Brzegi jej, nierówne, jakby porozdzierane, wspierały się o zwały głazów. Pozostawiwszy helikopter na wodzie, wziąłem udział w badaniu żelaznej skorupy. Sondy wskazywały, że urywa się ona ostrą linią kilka metrów pod powierzchnią wody. Dalej dźwiękowe echo było zniekształcone i nieczytelne. Ponieważ w skafandrach naszych można równie dobrze przebywać na lądzie, jak pod wodą, spróbowałem dać nurka. Woda była bardzo ciepła. Osuwając się po gładkim wybrzuszeniu brzegu, opuściłem się na jakieś pięć metrów w dół.