Tak głęboko sięgała ławica żelaza. Niżej był bardzo drobny, ciemny żwir. Próbowałem podkopać żelazna krawędź rękami, żeby się przekonać, jak jest gruba, ale choć wyryłem półmetrową wnękę, nie osiągnąłem krańca. Dalej głębia stawała się coraz większa. Gdy światło było już tylko ciemnozielonym brzaskiem, uderzyłem rękami o twardą wypukłość. Żelazo powracało tu w postaci maczugowatych, pionowych iglic, wystających z niewidzialnego dna. Wyglądało, jakby do wody wlał się roztopiony metal i zastygł w niej.
Zaledwie wróciłem na brzeg, Arseniew wezwał mnie sygnałem radiowym na pokład rakiety. Gdy osadziłem helikopter na jej grzbiecie, ukazali się Arseniew i Lao — Czu w metalowych skafandrach chroniących przed promieniowaniem. Miałem lecieć z nimi do Martwego Lasu. Spytałem, czy mogę wziąć także pancerz kameksowy, lecz Arseniew powiedział, że pójdą sami. Nie pozostało mi więc nic innego, jak zapuścić motor. Lot odbył się bez przeszkód, utrzymanie kierunku ułatwiały sygnały radiowe rakiety, naprowadzające na właściwy kurs, ilekroć się od niego odchylałem. Po trzech kwadransach ukazała się jasnooliwkowa, rozległa płaszczyzna na skraju Martwego Lasu. Wylądowałem w pobliżu uskoku, którym kończyła się równina. Uczeni, zabrawszy aparaty i ładunki fulguritu, oddalili się i zostałem sam. Prace ostatnich dni były prowadzone tak skrupulatnie i metodycznie, jakby toczyły się nie na obcej planecie, lecz w najzwyklejszym zakątku Ziemi. Uczeni przechodzili w milczeniu obok najdziwniejszych zjawisk, żeby wymienić choćby zagadkową rurę i żelazny brzeg. Nikt nie wspominał nawet o moich metalowych mrówkach. Muszę przyznać, że mnie to chwilami gniewało. Czułem, jak pochłania mnie kreślenie mapy, jak ślęcząc nad obliczeniami zapominam, że znajduję się u podnóża olbrzymiej, przerastającej pojmowanie tajemnicy. Kiedy próbowałem pytać, wszyscy, jakby zmówiwszy się, odpowiadali: „Z tym należy poczekać”, „na ten temat nic nie można powiedzieć”. A gdzież był polot, gdzie romantyzm pracy naukowej? Przez tych kilka dni, zdany na własną wyobraźnię, stworzyłem z dziesiątek hipotez: że metalowy brzeg powstał od uderzenia w skały żelaznego meteoru, że rura jest jednym z tuneli, którymi poruszają się w podziemiach metalowe stworzenia. Czandrasekar, gdy mu to powiedziałem, obalił moje przypuszczenia w ciągu pięciu minut.
— Widzi pan, do czego prowadzi nieścisłe rozumowanie indukcyjne — zakończył.
— Moje pomysły nic nie są warte, dobrze — zawołałem — ale wy? Odkryliśmy rurę i zamiast się do niej dobrać, przez cały dzień pobierałem dziś próbki wody z różnej głębokości. Doprawdy, nic już nie rozumiem. Stajecie się bardziej tajemniczy od mieszkańców Wenery!
— Ach, więc to my stanowimy dla pana zagadkę? — uśmiechnął się matematyk. Nagle spoważniał i biorąc mnie za rękę, powiedział:
— Jesteśmy tylko przezorni. Nie otaczający las tajemnic dyktuje nam postępowanie, lecz coś znacznie ważniejszego.
— Cóż takiego? — spytałem zdumiony.
— Ziemia. Proszę pomyśleć o niej, a zrozumie pan, że nie mamy prawa do pomyłek.
Pokonał mnie tymi słowami. Miał słuszność, ale prawdą było również, że nie ugasił wewnętrznego ognia, który mnie palił. Zmuszałem się do cierpliwości w nadziei, że przyszłość przyniesie wielkie wydarzenia. Nie miałem długo czekać.
Arseniew i Lao — Czu powrócili do helikoptera objuczeni odłamkami kryształów. W czasie powrotnego lotu nie zamieniliśmy ani słowa. Dopiero w komorze śluz, kiedy pomieszczenie napełniło się tlenem, astronom, zdejmując z głowy czarny hełm, powiedział: