— Może to jest droga… ich droga? — spytałem.
— To nie jest droga… — odezwał się astronom. Wspiął się w górę po gruchocących głazach i oświetlał szczeliny pomiędzy nimi.
— To rura…
— Rura?
— Tak. Rozerwana jakimś kataklizmem. Zniszczona.
— Zniszczona? — powtórzyłem oszołomiony. Stałem pośród chaotycznie nagromadzonych brył. Zarys tunelu zatracił się. Dopiero odszedłszy kilka kroków, ujrzałem go znowu; wynurzał się spod kanciastych odłamów nieciągłą, owalną linia. Arseniew zszedł ku nam z aparatem przerzuconym przez ramie.
— Rura, której śladem lecieliśmy, urywa się gdzieś: w ścianie krateru, tam — wskazał skąd przybyliśmy. — Jest ona zupełnie głucha… martwa. Nie płynął nią najsłabszy nawet prąd. To, cośmy słyszeli lecąc, ślad akustyczny, to było tylko elektryczne echo, odbite od jej metalowej powłoki. A ta część — wskazał na barykadę głazów — jest czynna. Chce pan usłyszeć? — podał mi koniec kabla kierując jednocześnie aparat ku wejściu do tunelu.
— Toż to przecież… — zawołałem, lecz Arseniew przerwał mi:
— Proszę nie kończyć!
Podał kabel Sołtykowi, aby i on wysłuchał płynących z głębi odgłosów.