— No, teraz powiedzcie, co wam to przypomina?
— Lampy pod prądem! — odezwaliśmy się równocześnie, jakby zmówieni. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Blask płonącej latarki rzucał na mroczne przęsło skalne nasze cienie jako zgarbione sylwety olbrzymów z trójkątnymi głowami. Światło grało w metalowych kaskach.
— Tak — powiedział astronom. — To jest odgłos, jaki wydają lampy katodowe, kiedy płynie przez nie prąd…
— Cóż mogą tu robić lampy i gdzie one są? W rurze?
Arseniew wzruszył ramionami. Przyklęknąwszy podważyłem kilka płaskich głazów, na których staliśmy. Ich głębsza warstwa zanurzona była w ciemnym szlamie. Dotknąłem go ręką; palce weszły w kleistą masę. Zdjęty obrzydzeniem, już chciałem powstać, gdy dłoń natrafiła na obły, twardy kształt. Pociągnąłem i wyrwałem spod kamieni coś, co wyglądało jak odłamana gałąź. Właściwie jednak niewiele miało z gałęzią wspólnego. Był to krótki, dość gruby cylinder, z którego wychodziły trzy cieńsze, każdy z kolei rozwidlał się i w ten sposób powstawał przy końcu pęk cienkich, sztywnych prętów. Całość ważyła może piętnaście kilogramów, miała metr długości, a najgrubszy cylinder ukazywał na podstawie szereg współśrodkowych warstw na przemian szarego i żółtego metalu.
— Jakaś aluminiowa wierzba — powiedziałem. — Spójrz pan, profesorze.
Arseniew oglądał to z najwyższym zaciekawieniem. Każdą gałązkę brał w palce, zbliżał do niej elektrometr. bez rezultatu zresztą. Potem rozejrzał się.
— Polecimy dalej wąwozem, śladem rury.
— Ten magnetyt będzie diablo mylił — zauważyłem.
— To nic, za to rura odzywa się teraz własnym głosem.