Powróciliśmy do helikoptera. Tutaj Arseniew zatrzymał się wstępując na wysoki głaz.

— Zaczekajcie, muszę to zbadać…

Włączywszy aparat począł obchodzić miejsce lądowania.

— Rura leży tu zupełnie płytko… to wolna przestrzeń… Nie wiem, czemu, ale cała ta historia nie podoba mi się… nie rozumiem… — mówił urywanymi zdaniami, najwyraźniej do siebie.

— Doktorze — spytał nagle Rainera. — Jak pan sądzi, czy tamta przepaść może być wygasłym wulkanem?

— Na Ziemi powiedziałby — wykluczone, sądząc według skał… także trzęsienia zapadowe dają całkiem inne obrazy… ale tu mogę tylko powiedzieć: nie wiem.

— Dlaczego rura wynurza się? Czyżby to był przypadek?

— Zdaje się, że rozumiem, o co panu chodzi — powiedział Sołtyk. — Rura powinna biec głębiej, prawda? Jako inżynier, gdyby mi przyszło instalować tak wielki przewód siłowy, założyłbym go na głębokości co najmniej sześciu metrów.

— Nie tylko o tym myślałem — rzekł Arseniew — ale to jest rzeczywiście zastanawiające… Zastanawiające… — powtórzył. — Nasuwa się mimo woli przypuszczenie, że najpierw założono rurę, a potem… rzeźba terenu zmieniła się…

— Chce pan powiedzieć, że rurę założono, kiedy nie było jeszcze krateru ani tego wąwozu? — spytałem.