— Tak, właśnie to. Wiecie co, chodźmy poza ten wielki skręt, może stamtąd da się coś rozpoznać.
Zeszliśmy kilkaset kroków po czarniawych głazach. Byłem szybszy od innych i pierwszy stanąłem w zwężającym się kamiennym gardle. Niżej, w odległości może dwustu metrów, wąwóz się skończył. W obramieniu ciemnego wylotu jaśniała przestrzenna dolina. W jej środku leżało jezioro. Czarna, nieruchoma tafla wody z wystającymi jeszcze w znacznej odległości od brzegu igłami skalnymi ciągnęła się w dal. osłonięta lekką, zwiewną jak dym mgiełką. Ze wszystkich stron zbiegały osypiska, okalając jezioro olbrzymim, stromym lejem. Wśród złomów i brył piargu sterczały grupy nieregularnych iglic skalnych. Po prawej od mrocznego tła urwisk odcinał się biały krążek. Ktoś podszedł tak blisko, że dotknął mego ramienia, lecz nie zwróciłem na to uwagi. Niemal równocześnie z towarzyszem — był to Arseniew — podnieśliśmy do oczu lornety.
Kilka razy mrugnąłem powiekami, bo wydało mi się, że podlegam złudzeniu. Ale nie, ostrość była doskonała i lorneta w porządku…
W dzikim rumowisku wznosiła się biała kula. Była to jakby gładka kopuła, wstająca spomiędzy głazów matematycznie dokładną linią, ścisła, spoista, bez śladu nierówności. Odcinała się niezmiernie ostro od chaosu okalających ją złomów piargu.
— Czy potrafi pan posadzić tam maszynę? — odezwał się astronom.
Nie od razu odpowiedziałem, przemierzając lornetą przestrzeń. Wszędzie głazy na głazach, wysuwające w górę ostre krawędzie, wszędzie nieskończone ławice piargów, szarymi jęzorami wchodzące w żleby. Gdzieniegdzie odłamy, ustawione na innych w zawieszeniu tak niezwykłym, że kiedy je oko opuszczało, zdawały się tracić równowagę i padać.
— Lądowanie byłoby niebezpieczne… — powiedziałem. — Jeśli głazy się obsuną, maszyna przewróci się. Śmigło może się zgiąć. Ale możemy przecież zejść, to jest niedaleko, nie więcej niż trzy kilometry…
— Nie wiem, czy nie lepiej byłoby wrócić do rakiety — rzekł powoli Arseniew. — Szkoda, że nie mamy hydroplanowego podwozia… można by siąść na jeziorze.
Miał na myśli nadymane kule gumowe, na których helikopter może wodować. Zostawiliśmy je w rakiecie, żeby zmniejszyć obciążenie maszyny.
— Profesorze, teraz wracać?! — zawołałem. — Teraz, kiedy jesteśmy już tak blisko rozwiązania zagadki?