— Rozwiązanie zagadki nie wydaje mi się wcale takie bliskie.
Towarzysze stali przy nas na progu skalnym patrząc przez szkła w rozległe pustkowie. Arseniew opuścił aparat indukcyjny ku ziemi i wodził przez chwilę jego wylotem po otoczeniu.
— Rura, zdaje się, rzeczywiście schodzi w dół, ku tej kuli… — powiedział, — Ale odbiór jest fatalny, to magnetyt…
Wysokie hałdy rury żelaznej wyzwalały się z wąwozu i pokrywały zbocze zwężającym się w dole klinem. Dalej piargi przybierały odcień jaśniejszy, taki sam jak w całej dolinie. Arseniew zarzucił aparat na plecy i przymocował go do szerokiego pasa naramiennego.
— No, cóż, pójdziemy chyba… pan prowadzi, pilocie… Im niżej schodziliśmy po piargu, tym dziksze stawało się otoczenie. Okruchy staczające się spod butów pociągały za sobą inne. Kiedy w pewnej chwili spojrzałem w tył, nie dostrzegłem już helikoptera. Skrył się w głębi wąwozu.
W miarę jak spadek stawał się większy, coraz trudniej było iść. Kamienie osuwały się przy lada dotknięciu, raz cały pokład ruszył wraz ze mną z rosnącą szybkością. Uskoczyłem w bok, na płytę wspartą o żebro zbocza. Nużący marsz przedłużał się. Minęliśmy już dolną granicę magnetytów i cała powierzchnia gruzowiska migała w oczach od drobnych iskierek kwarcu, zdając się chwiać.
— Stań pan na chwilę — powiedział Arseniew. Posłużył się aparatem, kierując go pionowo ku ziemi.
— Rura jest niedaleko, ale… — nie kończąc zbliżył się i podał mi kabel. Włączyłem go i drgnąłem, tak bliskie i mocne było miarowe dudnienie. Arseniew spojrzał w górę, jakby oceniał odległość dzielącą nas od wąwozu, i ruszył przed siebie. Biała Kula zbliżała się powoli. Trudno było ocenić jej wysokość; z lewej strony wystawały spoza niej cztery igły skalne, po prawej stały gęsto spiczaste obeliski, otoczone zwietrzałymi odłamami. Między nami a kulą ciemniała wąska zatoka. Wody jeziora rozcinały tu grunt czarnym językiem, ujętym w strome gruzowiska. Przeciwny brzeg pokrywały rozszarpane kamienie i lśniące groźnie, dęba stojące płyty. Nagle astronom przystanął.
— Biała Kula nadaje… — odezwał się głucho. Aparat indukcyjny stał się niepotrzebny; odbiornik radiowy w hełmie huczał basowym, narastającym pomrukiem. Pośpieszyłem za Arseniewem. Zręcznie przesadzał głazy, pierwszy dotarł do zatoki i bez wahania wszedł w wodę. Przez chwilę pogrążał się, lecz nie sięgnęła mu wyżej piersi. Rychło pomagaliśmy już sobie przy wejściu na drugi brzeg, usłany skośnymi płytami. Ze szczytu wzniesienia ponownie ujrzeliśmy Białą Kulę. Jej kopulaste sklepione boki rzucały lekki cień na powierzchnię rumowiska. Pochyłość wiodła ku roztrzaskanym częściowo iglicom. Za ostatnią była równa przestrzeń, zawalona otoczkami i drobniejszym gruzem. Wzrok nie ogarniał już Białej Kuli. Stała przed nami jak wypukły, gładki mur. Podeszliśmy blisko. Dotknąłem białej ściany. Serce uderzało spiesznie. Podniosłem głowę. Kula wznosiła się milczącym, nieruchomym ogromem. Oparłem się o nią plecami. Helikoptera nie było widać; daleko, nad stokiem osypiska, którym zeszliśmy, ział w rozsuniętych skałach wylot wąwozu.
— Dudnienie staje się coraz silniejsze — powiedział Rainer. — Czy nie jest wskazane oddalić się?