Arseniew spojrzał na indykator radioaktywności.

— Nie ma żadnego promieniowania, ale myślę, że…

Nie dokończył. Czarne ujście wąwozu, w które właśnie patrzałem, rozjaśniło się nagłym błyskiem. Dobiegł stamtąd przeciągły grom; jeszcze raz błysnęło i zagrzmiało, potem z czeluści zaczął się gęstymi kłębami wytaczać dym. Płynął leniwie nad piarżyskiem.

Nikt z nas się nie odezwał. Trwaliśmy tak może minutę, wpatrzeni w dymiący wylot wąwozu. Nareszcie astronom przerzucił aparat przez ramię i spojrzał na nas po kolei.

— Sądzę, że… będziemy nocować poza rakietą… — powiedział i ruszył ku zatoce.

Droga powrotna zajęła nam prawie dwie godziny. Z łomoczącymi sercami, zadyszani, zlani potem, prawie biegiem wpadliśmy w wąwóz, który powitał nas głuchym milczeniem. Było tu daleko chłodniej niż w dolinie. Wdzieraliśmy się jeden za drugim na głazy, przebiegaliśmy po chwiejnych taflach, skakaliśmy z kamienia na kamień, aż ukazało się miejsce lądowania.

Skała była okopcona, tlały na niej jeszcze zwęglone szczątki, kawały konstrukcji, krople stopionego straszliwym żarem metalu. Przy moim bucie błysnęło coś srebrzyście: wspornik podwozia wraz z przytrzymującą śrubą, rozdarty jak papier.

Arseniew ledwo okiem rzucił na ten obraz zniszczenia. Opuścił aparat indukcyjny i przez dłuższą chwilę nasłuchiwał.

— Tak się płaci za głupotę — powiedział, zarzucił aparat na ramię, odwrócił się i zaczai schodzić w dół. Szliśmy urwistymi piargami nie odzywając się. Kroki rozbrzmiewały donośnie w panującej ciszy, przerywanej tylko szelestem staczającego się żwiru.

Niedaleko za ujściem wąwozu Arseniew przystąpił do wielkiej, gładkiej płyty, wspartej na ostrzach kilku głazów, tak że tworzyła rodzaj naturalnego stołu.