— Odpoczynek piętnastominutowy i narada — obwieścił. — Czy orientujecie się w tym, co zaszło?

Mówiąc to rozpostarł na kamieniu mapę, którą miał \v zewnętrznej kieszeni skafandra. Co do mnie, nie rozumiałem nic. W głowie miałem zupełny chaos. Wiedziałem jedno: zaszła katastrofa, której skutki były nieobliczalne. Straciliśmy helikopter, aparaty, żywność. Pozostało nam po żelaznej racji konserw na głowę, niewielkiej ilości wody i zapasie tlenu, jaki mieścił się w butlach skafandra. Poza tym Sołtyk niósł przypasany na plecach ręczny miotacz płomieni, a ja — zwój liny. To było wszystko.

— Pan nie przypuszcza chyba, profesorze, że to był… atak? — spytał powoli Sołtyk.

— Nie. Sadzę, że w dużej mierze zawiniliśmy sami.

— Ależ dlaczego, w jaki sposób?! — zawołałem. Arseniew nie odpowiedział.

— Wybuchło paliwo w zbiornikach — myślał głośno Rainer. — Ale to był tylko początek. Jeśli połączyć katastrofę z tym dudnieniem, które słychać było pod kulą… tak, tak, rura!

— A więc pole magnetyczne? — spytał Sołtyk.

— I to olbrzymiej siły… w ułamku sekundy musiały działać miliony gaussów!

Coś zaczęło mi się przejaśniać, lecz wciąż jeszcze nie mogłem z usłyszanych fragmentów złożyć całości.

— Te kamienie… magnetyt… Profesorze, czy to było w związku z tym pustym miejscem, na którym wylądowaliśmy?