— I nastąpiła eksplozja paliwa? A przecież wyłączyłem zapłon.
— Wskutek indukcji musiały w konstrukcji metalowej powstać prądy wirowe tak potwornej mocy, że metal zaczął się w mgnieniu oka topić — wyjaśnił inżynier. Opuściłem głowę.
— A tom wylądował… — powiedziałem zgnębiony. — Ładnie wylądowałem… to puste, równe miejsce było pułapką… ale kto mógł przypuszczać?
— Każdy! — odparł ostro Arseniew. — Mieliśmy wszystkie dane; wiedzieliśmy, że ta część rury znajdzie się pod prądem… co prawda, słabym, kiedyśmy tam byli, ale prądem, który mógł się w każdej chwili spotęgować. Dalej, rozpoznaliśmy głazy jako rudę żelazną. Widzieliśmy, że puste miejsce ogranicza cały ich stos… dlaczego? Któż je stamtąd odrzucił i po co? Dla naszej wygody? Trzeba było myśleć! myśleć!
— Racja — rzekł Sołtyk. — Ale dość o tym. Dajmy temu pokój. Należy zastanowić się, co teraz robić.
Cztery hełmy pochyliły się nad mapą.
— W linii powietrznej dzieli nas od rakiety jakieś 90 do 100 kilometrów… terenu bardziej ciężkiego. Nie jest to, sądzą, ocena przesadna. Wody mamy mało, żywności również, a tlenu… — Arseniew spojrzał na manometr aparatu tlenowego.
— Starczy na jakieś czterdzieści godzin — powiedziałem.
— Nawet na czas krótszy, jeśli będziemy zmuszeni do dużego wysiłku fizycznego. Wiecie, jak umówiliśmy się z towarzyszami. Jeżeli nie wrócimy do ósmej wieczorem, Oswaticz poleci samolotem wzdłuż śladu akustycznego. Jeśli nie zgubi go przedtem, dotrze do krateru… tam, gdzie się ślad urywa.
Astronom spojrzał na mnie.