— Czy można wprowadzić samolot do wąwozu? Przymknąłem powieki. Przed oczyma stanęły czarne, zwichrowane mury skalne.
— Wprowadzić można — powiedziałem — ale…
— Ale?
— Ale zawrócić — nie. Samolot nie potrafi zawisnąć nieruchomo jak helikopter.
— To znaczy, że każda próba musiałaby się zakończyć katastrofą?
— Każda.
— Miejmy nadzieję, że Oswaticz będzie… — rozsądny… — powiedział oschle astronom. — Dobrze. W najlepszym razie będzie więc mógł zrzucić rezerwuary z żywnością nad brzegiem urwiska.
To, o czym mówił astronom, było częścią planu ratowniczego, opracowanego przed naszym wyruszeniem. Oswaticz miał, w razie jeśli nie będzie mógł nas odszukać, zrzucić na spadochronie zbiorniki z żywnością i tlenem, wyposażone w specjalne aparaty radiowe, nadające automatycznie sygnały, co miało ułatwić ich odszukanie.
— Przez wąwóz przeprawilibyśmy się w parę godzin — ciągnął Arseniew — ale ściany krateru są nieprzebyte. Bez względu na to, jaką obierzemy marszrutę, jest wykluczone, żeby się nam udało dotrzeć do rakiety przed zmierzchem, który rozpocznie się za jakieś 26–28 godzin. Pamiętacie te wąwozy i rozpadliny, nad którymi przelatywaliśmy? Zaznaczyłem je tylko szkicowo, bo liczyłem na fotografie, które przepadły. Cóż więc proponujecie?
Zapadło milczenie, tylko wiatr syczał, rozdzierany krawędziami głazów, i brzeg mapy trzepotał niespokojnie, przyciśnięty rękawicą astronoma.