— Robiąc cztery do pięciu kilometrów na godzinę i nie przystając wcale, moglibyśmy teoretycznie odbyć drogę do Kosmokratora w przeciągu doby — powiedział Sołtyk. — Jednakże takie obliczenie nie ma żadnej wartości, bo nie wiadomo, na jak długo zatrzymają nas rozpadliny… i czy w ogóle dadzą się przejść albo obejść. Dlatego proponuję, żebyśmy poszli nie na południowy zachód, w kierunku rakiety, lecz na wschód, pod prostym kątem do drogi, którą przylecieliśmy…
Patrzałem zdumiony na inżyniera, a on ciągnął spokojnie:
— Zasięg naszych aparatów radiowych jest duży, ale wysyłana fala biegnie jedynie w linii prostej. Moglibyśmy więc skomunikować się z towarzyszami tylko wznosząc się na wysokość tak znaczną, by pomiędzy nami a rakietą nie stały żadne przeszkody terenowe. Nie wystarczy wejść na płaskowyż w stronie, z której przylecieliśmy, bo pomiędzy nami a nimi jest tam Martwy Las ze swoją strefą zjonizowaną, która odbija fale jako lustro. Za to gdybyśmy poszli tu — przesunął palec na mapie poza wschodni brzeg doliny — i weszli na jeden z tych szczytów — być może, udałoby się nam nawiązać łączność…
— Być może — podkreślił głosem Rainer.
— Innego wyjścia nie widzę.
— Pewności, oczywiście, mieć nie będziemy.
— Nie. Trudno ocenić odległość, ale nie dzieli nas chyba od tych skał więcej niż pięć do sześciu kilometrów. Dodajmy jeszcze osiem… niech będzie dziewięć, nawet dziesięć godzin na wspinaczkę — i znajdziemy się na miejscu panującym nad całą okolicą.
— Ale jezioro, na którym leży rakieta, otoczone jest skałami — zauważyłem. — Czy wziął pan to pod uwagę?
— Tak. Przełęcz skierowana jest właśnie na północo — wschód, to znaczy prosto na tę grupę szczytów.
— Ten projekt odpowiada mi — powiedziałem. — Gdyby się udało nawiązać łączność, rakieta przyleci do nas… i nie będziemy musieli nocować…