— Pomysł jest dobry — rzekł Arseniew — chociaż niełatwy do wykonania. Czy akceptujecie go wszyscy?

Potwierdziliśmy.

— Teraz, kiedy nie mamy pomocy technicznych, w jakie zaopatrzyła nas Ziemia, pokaże się dopiero, ile jesteśmy warci — rzekł Arseniew i wstając zwrócił się do mnie:

— W chodzeniu po górach jest pan najsprawniejszy. Liczymy na pana.

— Czy zaraz wyruszymy? — spytałem.

— Myślałem o tym, żeby zbadać wodę w jeziorze — może nadaje się do picia.

— Idźcie więc tam — powiedziałem — a ja rozejrzę się tymczasem i poszukam drogi. Może da mi pan swoją lornetę — poprosiłem Arseniewa, gdyż jego szkła były silniejsze od moich.

Towarzysze zaczęli schodzić w dół, a ja zmierzałem ku grupie smukłych wieżyczek skalnych. Upatrzyłem sobie jeszcze w czasie narady dwie stojące tak blisko siebie, że wyglądały jak na dwoje rozpękły kamienny obelisk. Wcisnąłem się w szczelinę i, pracując na przemian nogami i grzbietem oraz odpychając się rękami, szybko wznosiłem się w górę. Przez jakiś czas słyszałem jeszcze urywki rozmowy prowadzonej przez Sołtyka i Arseniewa, potem, kiedy zniknęli za głazami, głos w słuchawkach ścichł.

Wierzchołek igły nie był zbyt ostry; można tam było swobodnie usiąść, zwiesiwszy nogi w przepaść. Podniosłem lornetę do oczu. Nad urwiskiem, które wyraźnie rysowało się w okrągłym polu widzenia, stały dwa szczyty. Rzadka mgła, zawieszona w powietrzu, nadawała im ołowianą barwę i zacierała drobniejsze szczegóły rzeźby. Odkryłem przęsło skalne, które wznosiło się od piargów i podchodziło do głównego masywu. W pewnej chwili wydało mi się, że białawy obłok, osuwający się po jednym z upatrzonych szczytów, nagle zniknął. Mogło to oznaczać, że pomiędzy tym szczytem a nami leży jeszcze jedna dolina. Patrzałem pilnie, lecz nie dostrzegłem niczego, co mogłoby rozproszyć wątpliwości. Postanowiłem nie wspomnieć o tym towarzyszom. Niebawem w słuchawkach odezwały się ich głosy.

— No, i jak woda? — spytałem chowając lornetę do futerału. Owinąłem podwójnie złożoną linę wokół występu skały.