— Niestety, to raczej roztwór formaliny — rzekł Arseniew.

Jego głos, docierający do mnie poprzez odbiornik radiowy, brzmiał donośnie, co niezwykle kontrastowało z widzianym obrazem: towarzysze zbliżali się do stóp igły, na której siedziałem, i z wysokości wielu pięter podobni byli do szarych, wielkogłowych mrówek.

Odepchnąwszy się mocno nogami, pomknąłem w dół. Energicznie zaciskałem linę, wysuwającą się spod lewego barku. Po kilkudziesięciu sekundach znalazłem się przy towarzyszach i pociągnąłem koniec liny, która spadła z góry luźnymi zwojami.

— Mam nadzieję, że wybrał pan drogę mniej powietrzną — powiedział Rainer patrząc nieco podejrzliwie, jak owijam linę przez bark. Domyśliłem się, że odczuwa tremę przed wspinaczką — z nas wszystkich najmniej był obeznany z górami…

— Pójdziemy doskonale — pocieszyłem go i przedstawiłem swój plan:

— Najpierw piargami na granicy pasa magnetytów, aż do ściany, potem mały trawers w lewo, a dalej po żebrze do góry. Zdaje się, że w jednym miejscu jest uskok… albo przetrawersujemy znowu, albo weźmiemy z drugiej strony…

— Jak to „albo — albo”? — spytał Rainer. — Może podejdziemy bliżej?

— Na pewno podejdziemy, bo lepszej drogi nie ma… Ruszyliśmy w obranym kierunku. Nad jeziorem leżały głazy tak potrzaskane i strome, że często trzeba było przełazić je na czworakach, potem jednak pojawiły się długie, chropawe płyty, po których szło się wcale dobrze.

— Jednego nie pojmuję — powiedziałem do Arseniewa, który szedł obok mnie — dlaczego w rurze pojawił się prąd akurat wtedy, kiedyśmy wylądowali? Czy to naprawdę mógł być przypadek, zupełnie nie związany z naszą obecnością?