— A dlaczegóżby nie? Rura zdaje się stanowić część wielkiej sieci energetycznej, w której okresowo pojawiają się olbrzymie prądy… zaczyna się to od powolnego wzrostu natężenia… pamięta pan ten odgłos, który określiliśmy jako „lampy pod prądem”? Potem przychodzą fale coraz wyższe… to było owo dudnienie pod kulą… a wreszcie nadchodzi szczyt mocy. Takie zjawisko może się powtarzać raz na kilka godzin czy raz na dzień.
— A głazy zostały odrzucone z tego miejsca poprzednimi uderzeniami prądu, prawda?
— Oczywiście.
Wzrastająca pochyłość stoku utrudniała rozmowę. Zamilkliśmy. Pod butami zgrzytał nagi kamień. Zbliżaliśmy się do szczytu wału opasującego dolinę. Odwróciłem się, by po raz ostatni spojrzeć w dół.
Skalna głębia, zbiegająca ku mrocznym wodom jeziora, leżała martwa i pusta pod chmurami, które płynęły leniwie na wschód. Biała Kula zmieniła się w drobny punkt, ledwo widoczny na szarym tle piargów.
Drgnąłem. Ktoś położył mi rękę na ramieniu. Był to Arseniew. Patrzał, jak ja, w miejsce naszej klęski. Milczeliśmy, tętna uderzały szybko w skroniach, z wysokości dobiegał przytłumiony szum wiatru rozdzieranego krawędziami urwisk.
— My tu jeszcze wrócimy! — powiedział głucho Arseniew. Stał chwilę, potem ruszył dalej. Jego skafander znikał niekiedy, zlewając się z szarobrunatną barwą skały, i tylko metalowy hełm błyskał wśród wielkich głazów. Wysoko w górze wznosił się owiany chmurami szczyt, który był naszym celem.
Czarna rzeka
Moje przypuszczenie okazało się, niestety, słuszne. Stanąwszy na grzbiecie górskim, zobaczyliśmy przed sobą drugą dolinę. Wypełniało ją morze falujących mgieł. Położona wyżej od doliny Białej Kuli, była skalnym kotłem pośród czarnych, zębatych ścian. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy obejść dolinę południową, opadającą stopniowo granią, która na północo — wschodzie przechodziła w upłazy wielkiego szczytu. Luźne, ruchome obłoki mgły kłębiły się, rozlewały płasko i powoli, lecz nieustannie wzbierały zatapiając zbocze. Związani liną, posuwaliśmy się po ostrzu grani, z dwu stron oblanych mleczną topielą. Czasem lotny obłok, chwycony wiatrem, szybował w górę, zawadzał o skałę i przepływał między nami. Widziałem wtedy tylko czarniawy, powiększony cień kroczącego przodem Arseniewa. Wysiłek, napędzając krew do twarzy i oczu, rzucał na ekran mgielny plamy świetlne, zarysy gwiaździstych fantomów, ale dość było przymknąć parę razy powieki, a wszystko znikało — i zostawała tylko mgła.
Spojrzałem na zegarek. Szliśmy już dziewięć godzin. Dawał się odczuwać długi brak treningu. Pot gromadził się obficie na ciele, spływał po szyi, po karku, z czoła na twarz.