Szczyt, nieruchomy pośród krzyżujących się smug pary, trwał wciąż w jednakowym oddaleniu. Wystawiał ku nam ogromne, fałdziste zbocza, rozcięte żlebami. Grań opadała. Jej czarny grzbiet niknął w przypływie obłoków. Miejsce to wyglądało jak długi, wąski półwysep, oblany ze wszech stron białym oceanem. Kiedyśmy doszli do jego krańca, zaproponowałem odpoczynek. Towarzysze byli bardzo wyczerpani. Rainer potykał się nawet w stosunkowo łatwych miejscach. Rozłożyliśmy się pod wygarbieniem grani. Szczęściem nie było tu głównego bodajże wroga wypraw górskich na Ziemi, mrozu. Skała była ciepła, jakby nagrzana słońcem. Słyszałem, jak chemik mówi coś o czekoladzie.
— Chciałem wziąć tabliczkę i zapomniałem… przydałaby się teraz…
— Nie gderajcie, kolego — mruknął Arseniew. — Jak długo się zatrzymamy? — zwrócił się do mnie.
— Kto potrafi, niech próbuje spać — powiedziałem. — To najlepsze, co w tej chwili można robić. Cztery godziny powinny wystarczyć. Obudzę was, umiem spać, jak długo chcę.
— Cenny talent — powiedział ktoś. Słowa te doszły mnie jakby z wielkiej dali. Pogrążyłem się w błogim bezruchu.
Szło za mną mnóstwo srebrnych mrówek. Nie bałem się ich, przeciwnie, nasze stosunki były wcale życzliwe. W pewnej chwili spostrzegłem, że jedna siedzi na mojej dłoni i krzyczy: żądała, żebym natychmiast wzbił się w powietrze i poleciał do rakiety, bo towarzysze niepokoją się o nas. Inne, stojąc na ziemi, wtórowały jej chóralnym piskiem. Daremne były moje tłumaczenia, że umiejętność lotu jest mi obca. Wreszcie, zły, machnąłem rękami i wzniosłem się w powietrze. Trzepotałem tuż nad ziemią, ciężko jak kura, aż nagle coś mnie pociągnęło w dół, i to tak dobrze, że zbudziłem się, siedząc. Zbliżała się do mnie stożkowata bania metalowa z ogromnym szklanym okiem. W pierwszej chwili myślałem, że to koszmar snu, i dobra chwila upłynęła, zanim poznałem hełm Arseniewa.
— Miał pan nas obudzić.
Spojrzałem na zegarek. Przespałem prawie pięć godzin. Zmieszany zerwałem się na równe nogi.
— To pewno dlatego, że na obcej planecie — bąknąłem. Arseniew obudził Sołtyka i Rainera. Posiliwszy się ostatnimi tabletkami koncentratu witaminowego ruszyliśmy w dalszą drogę. Powietrze było spokojne i mgła leżała nieruchomo. Tam gdzie grań obniżała się, brodziliśmy po kolana w mlecznych oparach, a czasem mknęliśmy w nich zupełnie. Każdy krok był niebezpieczny. Posuwaliśmy się nadzwyczaj powoli i minęły godziny, zanim pod butami zachrobotał gruz osypiska. Dotarliśmy do ujścia wielkiego żlebu, który wrzynał się głęboko w zbocze upatrzonego szczytu. Podchodzenie było nietrudne, ale niezmiernie wyczerpujące. Skafander ciążył coraz bardziej. Miałem ochotę zerwać hełm z głowy, żeby choć raz zaczerpnąć świeżego powietrza. Mimo woli oglądałem się za siebie. Towarzyszom, mniej wprawnym w chodzeniu po górach, musiało być jeszcze ciężej. Zgarbieni, szli powoli we mgle pełznącej w górę zbocza niskimi obłoczkami. Szczyt dawno już znikł nam sprzed oczu: góra rozstąpiła się popękanymi płytami w dwie strony, jakby przeszła tędy odkładnica potwornego pługa. Dno żlebu zaścielał białawy, suchy piarg, wysoko ponad krawędziami obrywów śmigały w górę żółtawe, szare i brunatne turnie. Spod ich groźnie przewieszonych żeber rozchodziły się stożki nasypowe. O ósmej rano, w siedemnaście godzin od chwili katastrofy, po wielkich, zwietrzałych głazach wspięliśmy się na szczyt.
Łańcuch górski opadał ku wschodowi martwymi, zakrzepłymi fałami. Pod nami — nieskończone morze mgieł, pręgowane cienkimi liniami cienia, mieniące się w oddali buro i liliowo. Po ostatni kres horyzontu nic, tylko mgła rozczesana w drobne smugi. Zbocze naszego szczytu schodziło w nią potężnie sklepionym, rozłożystym ramieniem. W połowie rozcinała je brama skalna. Przez ten wyłom prze — pełzały obłoki, spod których przeświecała powierzchnia głębiej leżących skał.