Arseniew rozpostarł na kamieniu mapę, wyznaczył z możliwie wielką w tych warunkach dokładnością kierunek, w którym znajdował się Kosmokrator, i porozstawiał nas co kilkadziesiąt metrów w najwyższych punktach. Wywoływaliśmy towarzyszy przez radio. W słuchawkach pośród odległych, jakby z całej przestrzeni naraz płynących szmerów rozlegały się chwilami miarowe sygnały. To automatyczny nadajnik rakiety odzywał się co piętnaście sekund dwoma przerywanymi dźwiękami. Słyszeliśmy rakietę, lecz ona nie odpowiadała na nasze wezwania. Być może, odległość była zbyt wielka albo od Martwego Lasu ciągnęły przestrzenią obłoki radioaktywne, gasząc słabą falę naszych aparatów — dość że po godzinie skupiliśmy się przy Ars — niewie w ponurym milczeniu. Astronom rozłożył mapę i zadumał się nad nią.

— A więc jednak przyjdzie nam nocować — powiedział. — Zmierzch rozpocznie się dzisiaj za jakieś osiem do dziewięciu godzin. Musimy go spotkać w dobrym ukryciu… Należy się spodziewać gwałtownej burzy.

Spojrzał w mgły spoczywające kilkaset metrów niżej.

— Drogi wybrać nie możemy — powiedział — wobec tego pójdziemy tak.

Nakreślił przez mapę prostą jak strzała linię w kierunku rakiety. — Musimy jednak zatrzymać się — powiedziałem — co najmniej na pół godziny. Schodzenie, jak wiadomo…

— Schodzenie będzie łatwiejsze od wspinaczki — rzekł szybko Arseniew, a kiedy spojrzałem na niego zdziwiony, położył mi znaczącym gestem rękę na ramieniu. Zamilkłem. Kiedy za chwilę Rainer oddalił się, profesor przyłożył swój hełm do mojego. Dzięki zetknięciu obu metalowych kasków głos mógł płynąć bez pośrednictwa radia. Wyłączywszy swój aparat Arseniew powiedział:

— Nie trzeba mówić wszystkiego.

— Ze względu na Rainera?

Skinął głową. Ponieważ chemik zbliżył się, nie zamieniliśmy już ani słowa. Oparci plecami o chropowate głazy, spoglądaliśmy na poły tylko widzącymi od znużenia oczami w mgielne przepaści. Po pewnym czasie zaczęło się w górze coś dziać. Chmury gęstniały jak rybi klej, rzucony na gotującą się wodę, rozpływały się pierścieniami, skręcały, coraz bardziej zwiewne, klarowne, aż nagle ukazało się w nich okno. Szybko znikło, lecz z boku odsłoniło się drugie.

Zaświeciło w nim niebo. Wiatr rozdmuchiwał puszyste kłęby coraz szerzej.