— Psiakrew!
— Czemu pan klnie? — spytał astronom.
— Niebo, profesorze, niebo!
Niebo było zielone. Przejrzysty, łagodny szmaragd, jakby rozpławiona w szkle barwa pierwszych traw prześwietlonych słońcem. Płynęły tam bardzo wysoko pierzaste, zupełnie złote obłoczki.
— Zapewne dwutlenek węgla… — zauważył Rainer. Uradowało mnie, że się odezwał. Nie opanowała go jeszcze zupełna apatia.
Tymczasem tu i ówdzie mgła w dole rozbłyskiwała, dotknięta promieniami. Wtem obrzeże wielkiej chmury zapłonęło gwałtownie. Wyjrzała zza niego olbrzymia, płomienna tarcza, dobrze już przechylona ku zachodowi. W jednej chwili zapanował straszliwy upał. Powierzchnia mgieł zajaśniała jak zalana kipiącym metalem. Śladem cienia, uciekającego z zawrotną chyżością w dal widnokręgu, wybuchały orgie świateł. Z głębin wstawały góry rozżarzonej miedzi, krwiste otchłanie, pieczary i jaskinie o płynnych ścianach, a Słońce przeszywało je blaskiem, wybijając w ruchomej, jakby życiem obdarzonej magmie złote galerie. Cały ten ocean milczących płomieni oddychał; unosiły się nad nim fiołkowe i różowe opary, w których migotały pasy wielokrotnie powtarzających się tęcz. Aż znowu jakaś chmura nasunęła się na Słońce i równina obłoków zgasła, w jednej chwili zalana bezbrzeżną szarością.
— Drogośmy zapłacili, żeby ujrzeć to widowisko — powiedział cierpko Rainer.
Opasałem się liną podając drugi koniec Sołtykowi. Założył karabinek w kółko pasa i skierował się ku pochyłości. Arseniew kroczył pierwszy, ja za nim, dalej Sołtyk; Rainer, ciężko stawiając nogi, szedł ostatni. Tak rozpoczął się powrót.
Długo schodziliśmy we mgle. Niekiedy stawała się tak gęsta, że ginęła w niej sylwetka kroczącego przodem astronoma. Wzrok tonął w szarej płynności; zacierały się kontury drogi, najbliższych głazów, nawet zarysy wyciągniętej ręki. Nachodziło mnie wrażenie, że cały roztapiam się, rozpływam we mgle. Było to uczucie z koszmarnego snu, w którym traci się poczucie realności istnienia. Mówiłem wówczas do towarzyszy; ich głosy rozwiewały na chwilę przygniatające uczucie samotności.
Jakiś czas skała odzywała się dźwiękliwie pod ostrzami czekanów, potem chrobotały głazy osypisk, a po trzech godzinach marszu kroki ścichły i stopy poczęły się zagłębiać w rozpulchnionym gruncie. Nie wiedzieliśmy, czy to już równina, czy tylko kopulasta wyniosłość, bo na wskazaniach aneroidów nie można było polegać.