Już od dłuższego czasu zachowywały się niespokojnie. Ciśnienie atmosferyczne podnosiło się wolniej, niż należało tego oczekiwać podług tempa marszu; najwidoczniej zbliżał się niż barometryczny. Pozostawało to w związku z nadchodzącym zmierzchem.

Niebawem równy teren ponownie zaczął opadać. Zstępowaliśmy coraz niżej, niżej. O ile można było rozeznać się w tak gęstej mgle, znajdowaliśmy się w płytkim wąwozie, jak gdyby w korycie wyschłej rzeki, i schodziliśmy w dół powtarzając wszystkie jego zakręty. Nagle pod nogami poczuliśmy skalną caliznę. Szło się po niej jak po chodniku miejskim, tak była równa i gładka.

Zdumiony rozejrzałem się, lecz nie mogłem dostrzec niczego.

Prowadzący według kompasu Sołtyk przystanął.

— Tam coś jest — wskazał na wielką plamę, ciemniejącą w szarych tumanach.

Pochyliwszy się, pociągnąłem ręką po skale.

— Słuchajcie… — powiedziałem — może się mylę, ale to są kwadratowe płyty. Czuję ich spojenia pod palcami… to jest najprawdziwszy chodnik!

— Chodnik? To może jest tu gdzieś restauracja? — spytał Rainer. W czasie drogi dał już nam zakosztować swego gorzkniejącego humoru. Arseniew skierował aparat indukcyjny w stronę plamy. Owalna, majaczyła niewyraźnie w niewielkiej odległości.

— Czasu mamy mało — rzekł astronom — ale… kto z was pójdzie tam ze mną?

Zgłosiliśmy się z Sołtykiem, a i chemik przyłączył się po chwili wahania. Gładka przestrzeń, którą nazwałem chodnikiem, zakręcała i podnosiła się niezbyt stromo. Przeszedłszy kilkanaście kroków, stanęliśmy przed czarnym otworem. Mgła była tu rzadsza. Jasnymi słupami skrzyżowały się w niej promienie naszych reflektorów. W świetle ukazała się obszerna jaskinia. W głębi pod ścianą stał walcowaty twór. Zbiegłem ku niemu po osypującym się drobnym szutrze. Był to metalowy cylinder, zapuszczony częściowo w grunt i zamknięty wypukłą tarczą. Naparłem na nią barkiem. Między tarczą a cylindrem powstała wąska, czarna szczelina, która rozszerzała się szybko. Pokrywa poleciała ze szczękiem w górę. Wnętrze było puste.