— Zbiornik! — zawołałem. Towarzysze schodzili po osypisku. Postąpiłem kilka kroków w bok. Grota była dziwnie regularna. Kształt miała wydłużony, z lekko pochylonymi ścianami i wklęsłym stropem. W głębi zwisały z niego jakieś czarne łachmany, jakby gigantyczna pajęczyna. Zbliżywszy się i wziąwszy w rękę jej część, przekonałem się, że jest to skruszały, jakby spalony metal. Rudoczarny, zmięty, pokryty był sadzą, która w jednej chwili osypała mnie wielkimi płatami. Nagle w promieniu latarki, biegającym białym kołem pośród splątanych zwojów metalu, które rzucały skaczące cienie, mignęło coś czerwonawego. Zwróciłem tam reflektor. Na ścianie widniał rysunek, bardzo stary, bo czerwonawa farba odprysła i złuszczyła się w wielu miejscach. Przedstawiał współśrodkowe koła. Odwróciłem się, by zawołać towarzyszy, i wtedy spostrzegłem, że to, na czym stoję, nie jest szutrem.
Ta wibrująca w świetle masa błyszczących kamyczków była pokładem srebrnych stworzonek. Ale nie były już srebrne. Zmatowiałe, powleczone śniedzią jak cynowe okruszki, przypominały mego małego więźnia tylko kształtem. Mimo woli odskoczyłem wstecz, ale leżały wszędzie. Ich szeleszczące przy dotknięciu masy zalegały całe dno groty. Poruszone przedtem metalowe łachmany kołysały się wolno w powietrzu. Teraz zobaczyłem, że poza nimi jest jakby wielki plaster pszczeli. Zakrywały go częściowo festony metalu, skurczone jak zdarta i opalona skóra. Wygląd plastra nadawały ścianie regularnie rozmieszczone otwory. Tworzyły jakby wielokątną mozaikę. Tkwiły w nich szare, niegdyś srebrne stworzonka. Pod ścianą wznosił się ich cały stos.
— Patrzcie! — powiedziałem zdławionym głosem. — Patrzcie!
Towarzysze obstąpili mnie. Unieśli w górę szczątki zwisającej ze stropu sieci i brali w ręce stworzonka, lekkie, prawie nieważkie. Przesypywane, szeleściły i brzęczały cichutko jak metalowe łuski. Pod każdym stąpnięciem pryskały setki miażdżonych odwłoków. Wszyscy, wzruszeni jak ja, milczeli. Przypomniałem sobie rysunek i, podnosząc reflektor, wydobyłem go z ciemności.
— Coś w rodzaju układu heliocentrycznego… — wyszeptał Rainer. — W środku Słońce… potem orbita Wenery… a dalej… Ziemia… to nasz układ planetarny.
— Ale tam jest jeszcze coś, widzicie?
Od wizerunku Wenery szła punktowana dziurkami nie zafarbowana linia prosto ku Ziemi. Łączyła obie planety. Nieznany lęk chwycił mnie za serce. Obejrzałem się szybko, ale grota była pusta. Tylko metalowe zwoje chwiały się wolno, prósząc nieważkimi płatkami sadzy.
— Tu byli ludzie… — szepnąłem. Nie ważyłem się mówić głośno.
— Nie, tego nie stworzyła ręka człowieka — odezwał się Arseniew.
— Jaki szczególny blask ma ta skała — powiedziałem po chwili — jak glazura…