Powierzchnia ściany zbiegała się w siatkę drobniutkich, szklisto połyskujących, niebieskawych żyłek.

— Co to może być, doktorze Rainer?

— Nie wiem, nigdy tego nie widziałem… jakby awanturyt… ale nadtopiony nadzwyczaj wysoką temperaturą… nie wiem — powtórzył. Arsenłew schował garść metalowych ziaren do kieszeni skafandra.

— Przyjaciele… w tej chwili nie możemy ocenić znaczenia naszego odkrycia. Musimy iść dalej, i to szybko. Za cztery godziny będzie zmierzch.

Opuściliśmy grotę nie mówiąc już ani słowa. Mgła na dworze nieznacznie pociemniała. Przybierała niebieskawe tony, zarazem jednak przerzedziła się. Kiedyśmy schodzili łagodną pochyłością, mogłem bez trudu dostrzec ostatniego towarzysza.

Przebyliśmy sporym krokiem co najmniej dziesięć kilometrów stosunkowo równego terenu. Potem grunt zdawał się podnosić, ale mogło to być złudzenie, bo wzrok nie miał żadnego oparcia. Nagle z mgły przede mną dobiegł zdławiony okrzyk i głuchy odgłos. Skoczyłem naprzód.

Arseniew leżał opierając się rękami o ziemię.

— Stać, stać! — zawołał podnosząc czekan. Podszedłem jeszcze o krok. Tuż przed nim otwierała się mroczna rozpadlina. Jej głębia tonęła we mgle. Nawet z pomocą rada — roskopów nie udało się dostrzec drugiego brzegu. Rainer zauważył, że, być może, w ogóle go nie ma i stoimy nad urwiskiem, którym płaskowyż spada ku równinie.

— A więc od rakiety dzieliłoby nas zaledwie trzydzieści kilometrów — powiedział Arseniew usiłując zorientować się na mapie, niestety, bardzo szkicowej, która już kilkakrotnie zmyliła nas w czasie drogi.

— Spróbujmy zejść; im niżej będziemy, tym lepiej, a może uda się znaleźć jakieś schronisko.