Kilkaset kroków dalej obryw nie był już pionowy; w ekranach radaroskopów tlał zielonkawy obraz skośnych upłazów, zachęcający do zejścia. Poszedłem pierwszy. Wokół tliły się giętkie kłęby pary. Mrok tężał, mgła nabierała tonów błękitnych, popielatych, wreszcie fioletowych. W kilku miejscach trzeba było pomagać sobie rękami, gdyż okute nosy butów ślizgały się po gładkich płytach. Nie obyło się bez upadków. Niżej pochyłość zmalała. Skałę przerzynały głębokie, krzyżujące się rynny. Było to bardzo niebezpieczne, bo fałszywe stąpnięcie mogło spowodować złamanie nogi.
Ktoś mnie wyprzedził — zdaje się Arseniew. Zobaczyłem białe, otoczone wielokrotną tęczą światło jego latarki. Blask gubił się w parze. Promień reflektora wahał się chwilę w marszu, nagle obniżył się i znieruchomiał. Oślepiony (wpatrywałem się chwilę w źródło światła), przeoczyłem szeroką szczelinę i wpadłem w nią omal po kolana. Naciągnięte ścięgno zabolało; usiadłem, aby zbadać nogę. Moja lina szorowała chwilę po kamieniach i szarpnęła.
— Halo, profesorze, stójcie no tam! — krzyknąłem. Nikt nie odpowiedział. Wstałem i lekko utykając poszedłem w kierunku blasku, w którym poruszały się zamazane cienie. Spojrzawszy w górę dostrzegłem między brzegami rozpadliny niebo jako szeroką rzekę jasności. Tak wygląda powierzchnia wody oglądana przez nurka z dna.
Światło reflektora nagle zgasło.
— Trudno, więc właźmy tam — mówił Rainer.
— Poczekajże pan.
To był głos Arseniewa. Znowu zapłonął reflektor, powielając się różnokolorowym lśnieniem w drżącej aureoli pary. Spostrzegłem, że obaj byli pochyleni. U ich stóp grunt urywał się raptownie, a jego miejsce zajmował ciemny pas mgły.
W tej chwili w matowym promieniu elektrycznym zabłysnął hełm Sołtyka, który wzniósł się z głębi. Rainer pomógł mu wspiąć się na brzeg.
— Schodzić można — powiedział inżynier — pochyłość maleje, ale robi się coraz goręcej.
— Temperatura podnosi się? Czyżbyśmy mieli w ten sposób zstępować aż do jądra planety? — zauważył Rainer.