Mimo woli skupiliśmy się razem. Latarka oświetlała czterech czarnych olbrzymów w pofałdowanych kombinezonach. Błękitne iskry drżały w szkłach hełmów.
— Trzeba będzie poświęcić nabój magnezjowy — powiedział Arseniew i wydobył z kieszeni płaski magazynek. Były to naboje do rakietnicy, która zginęła, pozostawiona w helikopterze.
— Czy któryś z was ma przypadkiem chustkę do nosa w zewnętrznej kieszeni?
Zgłosił się Rainer. Astronom wyciął nożem dziurę w środku chustki, a do rogów przywiązał paroma nitkami nabój. Rozjaśniło mi się w głowie: profesor umiał sobie poradzić bez pistoletu sygnałowego. Uderzył silnie rękojeścią w spłonkę naboju raz i drugi, a gdy rozległ się syk, rzucił pakiecik poza krawędź skały.
Wychyliliśmy głowy w przepaść. Oślepiające światło magnezji rozcięło mgłę. Ukazały się zbocza: to, na którym staliśmy, i przeciwległe, oddalone może o sześćdziesiąt metrów, potem obłok pary przysłonił płonący nabój. Nie trwało to długo. Jasne kłęby Rozstąpiły się i spod grzybka zaimprowizowanego spadochronu buchnęły blaski z ponowną, choć szybko słabnącą siłą. Światło drżało złudnie, przelewając się w woalu pary. Pod nim, w głębi, ukazała się czarniawa, podługowata masa, która zabłysła jak fala skamieniałej lawy. Gdy blask opadł, wydało mi się, że masa rozszerzyła się, a później skurczyła, jak kadłub węża przełykającego suty kęs.
Potem wszystko znikło.
Gdy powoli cofnęliśmy się od urwiska, Arseniew wsadził obie ręce za pas.
— Tak tu zawsze: kiedy zdaje się, że wątpliwości zostaną rozproszone, ukazuje się dziesiątek nowych… co sądzicie o tym, tam? — wskazał na dół.
— Dostrzegłem ruch — zaczął ostrożnie Rainer — nie wiem, czy to nie było złudzenie, ale…
— Nie, to nie było złudzenie — przerwał mu astronom.