— Do diabła! O to, abyś pan tak urządził — pamiętaj pan, że żadnych kosztów żałować nie będę — żeby... żeby... ten stary grzmot sam pojechał do Krakowa.
Holmes zwiesił głowę rozpaczliwie, ręce opuścił bezwładnie i rzekł głucho:
— To... właśnie jest to jedno... czego nie mogę.
Pan Ludwik pięścią huknął w stół, aż talerze zabrzękły i ludzie przy sąsiednich stołach ciekawie zwrócili na nas oczy.
— Tfy! — splunął. — I ten człowiek uchodzi za geniusza!...
A obrzuciwszy go pogardliwym spojrzeniem, jeszcze raz splunął, odwrócił się i wyszedł.
Sherlock Holmes siedział nieruchomy i blady śmiertelnie.
Nigdy jeszcze nie widziałem takiej bladości na jego obliczu.
— Widzisz — wyrecytował — że jestem tylko zwyczajnym człowiekiem...
Na rzęsie lewego oka zakręciła mu się łza, którą dyskretnie otarł rękawem.