— Szynel polski.
— Dowiozłeś go tu.
— Dowiozłem.
Wywołuje zawsze zainteresowanie.
— No, dzieci, muszę już iść.
Wyszedłem. Dałem pajdkę chleba wartownikowi. Był inwalidą i Kałmukiem. Miał inne zainteresowania. Nie kobiety. Wracałem przez szary świat. Pozbawiony koloru i wpadnięty. Starałem się nie myśleć o papużkach.
Wróciłem na przerwę. Grisza z gorączką. Bandaże porozrzucane. Nieład. Pusto. Tylko telepie się stara Aleksiewna Pietrowna47. Lekarka. Grisza jest chłopek-roztropek. Siadam obok niego. Leży na tapczanie, gdzie leżą chorzy.
— No i jak?
— Jak się nażrę, to mi będzie lepiej. Idź do kucharza dziewiątego, tego z jednym okiem, i powiesz mu, że ja, Grisza, leżę chory. I ty się przy tym pożywisz. Idź, mołodiec48. A jak nie, to tu zdechnę. Tylko żarcie pomaga.
Kuchnia dziewiąta jest blisko. Wchodzę i szukam szefa. Jest. Świdruje mnie jednym okiem. Tracę rezonans49. Jeszcze bardziej świdruje. Mówię mu: