— No, marsz spać, dzieci.

Godzina druga, trzecia, czwarta. O czwartej wchodzi Olga, naczelny lekarz okręgu, dwóch ludzi z NKWD67.

Olga do mnie:

— Ilu zwolniłeś ludzi?

— Sto sześćdziesiąt siedem.

— Nie wiedziałeś o szczepieniach przeciwtyfusowych?

— Nie.

Olga mówi coś do ludzi z NKWD. Jeden z nich:

— Pójdźmy przecież.

I musiałem z nimi łazić po wszystkich barakach, gdzie znajdowali się zwolnieni. Olga zabrała termometry. Chorzy mieli teraz o wiele wyższą temperaturę. To mnie uratowało. I Olgę też. Ten drugi, milczący, bełkotał coś o sabotażu. Potem weszli do gabinetu Olgi. Przysłali po spirytus. Pomyślałem: „Już dobrze”.