Na korytarzu z cichym sykiem jechał wózek, taki, na jakim do salonu wjeżdża herbata; tylko o wiele dłuższy. Pchał go sanitariusz. Leżała na nim młoda kobieta z zakrytą twarzą, i jej włosy ciągnęły się aż do ziemi. Była mało ubrana: trup.

— Stój pan — szepnął Emil.

Zdziwiony sanitariusz stanął.

— Podejdź.

Ewa podeszła jak lunatyczka. Stali we troje, ale tylko Emil patrzył na trupa.

— Popatrz.

Wskazał na wewnętrzną stronę ud, prawie u wejścia pochwy: „Ja kocham Emila” — było tu wytatuowane.

— Jedź pan — powiedział, ale sanitariusz nie odjeżdżał. Patrzał na wskazany napis.

Wyszli. Zostali wciągnięci w wiatr, który ciął w wirujące płatki śniegu.

Myślała: