To były pierwsze słowa, które dziś wymówiła.

— Powiedziałeś chwilę temu, że zdychasz, że masz ochotę lizać ziemię. A gdy przyjechał stary ptak Rachmaninoff154, mówiłeś to samo, gdy słyszałeś Landowską155, starego ptaka, mówiłeś to samo, gdy czytałeś Montherlanta, to samo, gdy Anderson156 śpiewała Śmierć i dziewczynę...

Zaśmiała się.

Przyczołgał się do okna; leżąc na podłodze, dotknął językiem jej stopy i mruczał:

— O, tak, Rachmaninow to jest stary ptak-orzeł, jego twarz, gdy grał, stałem przy estradzie, jest twarzą konającego, twoją twarzą tej chwili, gdy mówiłem do ciebie, słyszałem jak dyszy i syczy, jak ty. I miałem ochotę wtedy, słusznie, i innym razem też, bogom za to dzięki, wyć, i wyłem, i teraz też, gdy liżę twoją nogę, gdy zlizuję z niej morską sól, należy próbować wszystko wargami, mieszać w sobie i ciebie, i to, gdy pewnego dnia pójdziesz, i Russela, i czarną Anderson, i brzuch mojego psa, i rzeczy, których nie znam, i wtedy...

Zobaczyła jego wywrócone oczy i połyskujące białka.

Powiedziała:

— Jesteś komediant. Mimo to kocham cię.

— Jestem nim też.

— Leżymy jeszcze na dnie morza?