— Bo on cię...
— ...ma — dokończyła ona i zaczęła się śmiać. — Kto mię ma? Kto mię w ogóle może mieć?
Chwilę kiwała nogą, tą ze złotym łańcuszkiem.
— Z konwencjonalno-fizjologicznego punktu widzenia to on mię miał pewną ilość razy. Powiedz lepiej...
Emil tego już nie słyszał. Krew zaczęła mu napływać do głowy, podobnie jak pewnego razu w szkole, przed wielu laty, podczas historii z zadaniem o albatrosach.
Wtem otworzyły się drzwi. W drzwiach stała Ela. Krystyna powiedziała:
— Wejdź.
Ale ona nie weszła. Miała szeroko otwarte oczy.
Odnajdywała go wszędzie i ciągle, ze zwierzęcą, jasnowidzącą pewnością. Tropiła go jak pies, chodziła za nim jak lunatyczka. Krystyna powtórzyła:
— Wejdź.