— Proszę cię... już niech będzie...
— Co ja mam z twojego „już niech będzie”? Najpierw robisz głupstwa... „Zwariowałaś”. Tak, zwariowałam. Przecież mam mamę wariatkę.
— Ja w ten sposób nie myślałem.
— Tylko w jaki sposób?
O mało nie wpadli pod taksówkę.
— Myślałem...
W ogóle nie był zdolny do myślenia. Poczuł, że znów będzie płakał. I gimnazjum jest coraz bliżej.
Te rozmowy, urwane w środku. Jak coitus interruptus124. Męczące uczucie niedokończenia. Dla niej ta rozmowa była skończona. A nawet skończona z pointą. Ale dla niego nie. To sięgało w samo dzieciństwo, ta niemożność urwania w środku, zatrzymania się, skończenia. Choćby się miało grzęznąć coraz głębiej, choćby się wiedziało, że koniec będzie zły. Podpisując się, kładł kropkę po podpisie. Koniec czynności.
Uczynił jeszcze jedną próbę, która, wiedział o tym, mogła tylko zaszkodzić. Stanął przed nią i powiedział:
— Dalej nie pójdziesz, aż się nie wyplączemy z tej...