4.
Nagle poruszenie, jakby pomruk. Ludzie zaczęli się tłoczyć. Groziło zawaleniem bud.
I wtem, jakby się rozwarło morze, mały osiołek z brodatym Arabem. Za osiołkiem brodate wielbłądy, kiwające się dostojnie, które poruszały się w ten sposób, jakby każda część ciała wykonywała dowolną funkcję. Objuczone po dachy domów.
5.
— Och, jak mnie przycisnęli do muru — powiedziała moja pani. Oddycha ciężko.
— To było — mówi, nawiązując do poprzedniego — to było jeszcze podczas procesu. Tego o otrucie. A co pan robił wczoraj, przedwczoraj?
— Wczoraj? Wczoraj opuściłem dom, rodzaj sanatorium, rodzaj domu starców. Wczoraj to właśnie było. Wyszedłem na balkon, a tam płacze stara Żydówka.
— Dlaczego pani płacze? — pytam.
— Bo jestem stara i muszę umrzeć. — Tak odpowiedziała.
I jeszcze powiedziała: