— To jest pewien pan, nie wiem, zdaje się, Lulu, który jest właścicielem tej dryndy. On mnie zabiera na Karmel.
— A mnie?
— Ciebie też, prosiłam go, abyśmy na chwilę się zatrzymali.
Pan zrobił:
— Hm, chrr.
— No bo nie? — zwróciła się do kierowcy.
— Ona mi powiedziała, że tylko coś powie pewnej pani.
— Cioci Cin, naturalnie. Ponieważ jej nie było w domu...
Pan był starszawy, miał widać wielką ochotę, gdyż podrapał się w ucho. Powiedział:
— Dwa dni urlopu, a potem znów mundur. Jedźmy do Haify.