Na ulicy stało małe auto. W nim nieznany mi gość. Schowała mnie do bagażnika i ruszyliśmy.

— Och, całkiem zapomniałam o tobie. Po prostu zapomniałam. Najpierw ten kotwica, potem Sigi, Hans, później jakiś australijski porucznik, zalałam się wtedy w pestkę i z nim przez dwa dni, a potem już nie wiem. Całkiem nie wiem. Dopiero przypomniały mi ciebie dziesięć piastrów. Gdyby nie to, to byś dalej gnił. Wzięłam dla ciebie swoją pidżamę. Na razie wystarczy. Stań na chwilkę! No zatrzymaj się — powiedziała do kierowcy.

Włożyła mi pidżamę.

— Daj coś zjeść — powiedziała.

On, kierowca, wyjął konserwy i chleb. Ale gapił się na Batię.

— Dokąd my jedziemy?

— Do Haify. Do małej wioski arabskiej na Karmelu. Aha, czekaj, więc robiłam zdaje się coś więcej. Z jedną panią. Byłam wtedy podchmielona.

Batia otwarła konserwę mięsną, powiedziała do mnie:

— Masz, żryj.

— Kto to jest ten pan? — wskazałem na kierowcę.