Pewnego razu przyszła żandarmeria angielska, coś mówili, przynieśli kubeł z farbą, rozebrali gości i namalowali jądra na zielono. Potem nagich puścili na miasto, zabierając szaty. Tylko dzięki ubikacji ocalałem. Tak przesiedziałem w kawiarni siedem dni i siedem nocy.
Później przyszła Batia. Powiedziała:
— Chodź — i ja poszedłem.
Znowu jakiś mężczyzna w drelichu, szarpnięcie jeepu40, i jedziemy na samą górę, na szczyt Karmelu.
— Tego Lulu to się pozbyłam — mówi Batia. — A teraz muszę się pozbyć tego Anglika. Stań — powiedziała. — Jemu się chce pisiać, muszę go zaprowadzić.
Wyskoczyła z auta, i zniknęliśmy w krzakach.
— Tu, jesteśmy na miejscu — pokazuje na willę w ogrodzie. — Przyjechałam do jednego gościa i nie wiem, czy będzie w domu.
29.
Dzwoni. Każe mi się przedtem schować za krzak. Otwiera służąca. Rozmawiają po hebrajsku. Potem Batia daje znak. Wkradam się.
— Gdzie się mam schować?