— Na razie nigdzie. On pojechał do Jerozolimy. Przenocujemy tu. Ona zaraz odchodzi. Poza tym zna mnie jak zły szeląg. Będziemy mieli całą willę. To też coś warte.
— A co będziemy jeść?
— Oooo, nie martw się. Pełny friżider41. Tylko żeby ona odeszła.
Pomału ciemnieje. Światła Haify. Neonowe reklamy zza węgła kamieniołomów, w szczelinie góry. Port, światła. I, jak kaganki, zapalone na morzu światła rybaków.
— Policz je.
— Szesnaście.
— To dobry znak.
— Zaszyj mi pidżamę.
— Weźmiemy jego, świeżą. Tę to wyrzucimy.
— Zostaniesz dziś ze mną?