Leżymy na obszernym łóżku. Patrzymy na neony odbite w lustrze.
— A coś jeszcze tam robił?
— „Interesiki”, jak nazywał je pan Bujanower. Przedstawiał się: „Bujanower jestem, Leszno trzydzieści dwa, dom własny”. Więc mieszkałem tam w barakach, drewnianych barakach, podzielonych na rodziny zwisającymi kocami. Rysia spała koło mnie. Gdy budziłem się rano, wyciągałem przez koc rękę do Rysi i mówiłem: „Dzień dobry”. Była też mama Rysi. Gdy wyciągnąłem pewnego razu rękę, natrafiłem na mamę. Bała się. Rysia miała przecież szesnaście lat. Gdy Rysia widziała pana Bujanowera, krzyczała, dusząc się od śmiechu:
— Pan Bujanower idzie, pan Bujanower.
Pan Bujanower wchodził, kłaniał się, podchodził do mojej pryczy i mówił głosem przyciszonym:
— No, Piotruś, może by pan ruszył mózgiem, coś wymyśleć dobrego, interesującego.
Odpowiadałem:
— Proszę się położyć. Nie mogę myśleć, jak pan stoi.
W Teheranie jest szuk-olbrzym. Zajmuje może trzecią część miasta. Jest kryty tak, że światło dzienne pada przez niewielkie otwory w kopulastych niszach. Są tam kawiarenki, restauracje, meczety, burdele, składy. Przez Teheran właśnie szła główna droga pomocy USA dla Sowietów. Na szuku w Teheranie można było kupić opony, części samochodów, tanki43 po zniżonej cenie, części armat. Było to miasto dla siebie. Mimo pracowitego zwiedzania szuku znam tylko trzy wyjścia. Tamtędy szły ogromne Studebakery44, o zmierzchu, krętą drogą górską, szoferzy gryźli gałązki bzu. Tam rozgrywały się partie wywiadów, które prawie zawsze wygrywali Sowieci. Mówiłem panu Bujanowerowi:
— Idź tam a tam i kup tekstylia, które będą tankami, i sprzedaj Achmudowi, który będzie już wiedział, co ma z nimi zrobić.