Wszystkie moje plany zawirowały nagle. Widzę tylko, jak Batia daje się typowi macać z lubością. Wpadam w pasję:

— Miłość przychodzi, miłość odchodzi.

— Jaka miłość?

— Niby wczoraj to.

— „To” nie ma nic wspólnego z uczuciem. Poza tym nie miłość przechodzi, tylko my.

Rozwarta szczelina. Nareszcie coś z niej. Zagadkowego.

— Ale czy pamiętasz, jak ja cię szorowałem wodą i mydłem? A potem ty mnie? Pamiętasz?

— Pamiętam. No to co?

Batia mówi zimno i uprzejmie:

— My, to znaczy ja i ten pan, odwieziemy cię na ulicę Chapu-Chapu osiem. Oddaj mi moje dziesięć piastrów.