Nagle otworzyły się małe drzwi. Do wnęki pokoju weszła kobieta. Była ubrana ostentacyjnie ubogo:
— Czy jest niemowlę?
— Oba wypożyczone. — Gość z grubą księgą popatrzył na zegarek. — Możesz przyjść już za godzinę.
W tej chwili wymknąłem się przed kobietą. Konfident wypadł za mną, ale ja się przyczaiłem. Nie znalazł mnie.
Więc idę spokojnie i myślę. To nie pomogło. Siadam na ławce w małym parku przy Gordon. Księżyc krąży nad moją głową. Liście cicho stukają o siebie. Druga. Trzecia. Napięcie rośnie. Trzecia trzydzieści. Dławię się. Czwarta. Drżę. Pot cieknie. Szczękam zębami. Nareszcie sen.
Sen był wybuchem snów. Po przebudzeniu został jakiś perłowy osad, pobłyskiwanie, prześwietlanie.
Po pracy jadę na ulicę Allenby, aby skorzystać z rady doktora, danej mimochodem, tym bardziej ważnej. Jadę, koło mnie siedzi chałaciarz77, rzecz w Tel Awiwie rzadka, i przypatruje się. Myślałem, że wyjmie milsa, ale on rzekł:
— Poszukuję kalikę.
— W jakim celu?
— Do produkcji wody sodowej. Bo wie pan, się ma kalikę... A czy pan jest urzędowy, uprawniony?