— A jak wam idzie? — spytała panienka.
— Chleb z lebiodą i korą brzozową pieczem.
— A gryby85 macie?
— Maleńko, najświetlejsza panienko.
— Oj, Artemuk, Artemuk, puśćcie go, karbowy.
A tu powietrze z pól ciągnie przeźroczyste, chłodne. A powietrze z lasu ciągnie zielone, ciemno-iglaste. A karbowy ciągnie:
— Ten tu libacyje86 urządza w krzakach z dwiema staruchami. A te staruchy się za kudły biorą, którą więcej chce. I tak, proszę panienki.
— Puśćcie go, karbowy.
— Jeszcze czorta napytaje87 — mruczał. — Bo to oni, proszę panienki, z przeproszeniem gorzałę i88. No, Artemuk. Poszoł.
Teraz panienka mówi: