— Kto wie? — rzekł tajemniczo Cyrano.
I głosem dobrotliwym, któremu dodawał szczególnego znaczenia uśmiech ironiczny, dodał:
— Usiądź, Rolandzie. Zdaje mi się, że drżysz?
— Dziękuję — odparł oschle hrabia, odsuwając kolanem podane sobie krzesło.
— Jak chcesz. Słuchaj zatem. Opowiadanie moje zmieni niewątpliwie cały porządek twych myśli i projektów.
Roland wzruszył ramionami i przybrał minę zniecierpliwioną.
— Zaczynam — rzekł poeta. — Hrabia de Lembrat, twój ojciec — Cyrano położył umyślny nacisk na ostatnie słowa — był człowiekiem nadzwyczaj dbałym o świetność swojego rodu i pragnął najbardziej, aby ten ród odżył i utrwalił się w jego potomkach. Szlachetne to pragnienie, ani słowa. Tymczasem po dziesięciu latach małżeństwa żona hrabiego nie obdarzyła go jeszcze przyszłym dziedzicem imienia i majątku. Najuczeńsi lekarze, wezwani na naradę do zamku Fougerolles, oświadczyli nareszcie, że pani de Lembrat nigdy nie doświadczy rozkoszy macierzyństwa... Trzeba było pogodzić się z losem; ród de Lembrat miał wygasnąć! Zaczyna cię to zajmować, nieprawdaż?
— Mów dalej — odrzekł krótko Roland.
— Ród de Lembrat miał wygasnąć i cała prowincja była smutkiem przejęta z tego powodu, gdy niespodzianie, wbrew wszelkim przewidywaniom, hrabia rozgłosił z triumfem, że żona jego spodziewa się potomka. W kilka miesięcy później odbyły się chrzciny tęgiego chłopca. Otóż, czy chcesz wiedzieć, skąd się wziął ten mały zuch, któremu przeznaczone były wszystkie świetności magnackiego rodu? Z nędznej lepianki jednego z poddanych hrabiego, postrzygacza baranów, nazwiskiem Jakub Rogacz.
— Niedorzeczna bajka! — spróbował zadrwić hrabia.