Sekretarz uścisnął rękę, którą poeta doń wyciągnął i wyszedł w milczeniu.

Przed pójściem na krótki spoczynek przywołał Zuzannę, aby mu zaszyła pod podszewkę kaftana list adresowany do proboszcza. Gdy służąca, bez żadnych tym razem uwag, wypełniła to żądanie, zapłacił za to ucałowaniem jej w oba policzki, po czym zaraz i z nią się pożegnał.

Wyszedłszy na schody przywołał gospodarza, któremu polecił, aby konia jego odprowadził do stajni, a zrobiwszy to rzucił się na łóżko w ubraniu, w chwili, gdy zegar pobliskiego kościoła wydzwonił godzinę dziewiątą.

W godzinę później hrabia Roland de Lembrat, który powracał z odwiedzin u margrabiego de Faventines, wchodził do swego pałacu w eskorcie uzbrojonych służących z pochodniami — ostrożność ta bowiem była niezbędna w porze nocnej, gdy zaraz z zapadnięciem zmroku Paryż napełniał się gromadami podejrzanych włóczęgów.

Gdy hrabia udał się do swej sypialni, niebawem ktoś lekko do niej zapukał.

— Czy to ty, Błażeju? — zapytał, leżąc już w łóżku.

— Tak, jaśnie panie.

— Czego chcesz?

— Człowiek jakiś domaga się gwałtownie, aby go wpuścić.

— O jedenastej w nocy! Niech idzie sobie do diabła!