— Mówi, że to sprawa niecierpiąca zwłoki. Idzie o pana de Cyrano.

— Zapal światło i wprowadź tego człowieka. Ale jeśli okaże się, że bez powodu mnie niepokoi, biada jemu i tobie!

Błażej otworzył wówczas szeroko drzwi, które dotąd były tylko uchylone i wszedł, trzymając zapaloną świecę.

Za jego plecami ukrył się w śmiesznie uniżonych pokłonach chuderlawy staruszek, którego poznaliśmy u Gonina — poeta andegaweński, adept wielkiego Cyrana, Matus Lescot nareszcie!

Miał on minę tak żałosną, tak zabawnie dygotał od chłodu czy strachu, taki był szczerze komiczny w swym zatłuszczonym kaftanie i za krótkich spodenkach, że hrabia nie mógł wytrzymać i parsknął mu śmiechem w oczy.

— Przyznaj, mój zuchu, że jestem bardzo łaskawy. A teraz dowiedź, żeś wart tej łaskawości, wyjawiając coś naprawdę ciekawego. Słucham cię.

Ale staruszek jeszcze mocniej trząść się zaczął.

— Czego się lękasz? — podjął Roland. — Mów śmiało.

Andegaweńczyk wskazał wymownym spojrzeniem służącego, który go wprowadził.

— To, co mam powiedzieć jego wielmożności, tylko przez jego wielmożność powinno być wysłuchane.