— Wstępne objaśnienia wziął na siebie Ben Joel — rzekł służący Rolanda — powtarzać ich więc nie ma potrzeby. Chodzi teraz o to, aby w sposób przyzwoity wszcząć sprzeczkę z pewnym młokosem, doprowadzić rzecz do walki i sprzątnąć go gładko. Czy potrafisz to zrobić, mój zuchu?

— Najpierw — odezwał się Esteban głosem chrypliwym — nie jestem bynajmniej „pańskim zuchem”, rozumiesz waść? Kiedy kto ze mną rozmawia, nazywa mnie „panem”.

— Zgoda i na to. — potwierdził Rinaldo bez żadnych uwag. — A zatem, panie, czy podejmiesz się... za wynagrodzeniem honorowym, rozumie się, uwolnić nas, możliwie najprędzej, od...

— Jeżeli ów człowiek będzie się bronić, to zgoda; w przeciwnym razie: nie. Nie jestem zbójcą; mam zasadę nacierać otwarcie i zabijać przeciwnika według wszelkich prawideł — odrzekł szorstko Esteban.

— To mi już wszystko jedno, byle rezultat był dobry.

— Gdzie pacjent? — zapytał krótko zbir, kładąc dłoń na rękojeści rapiera.

— Do kroćset, bardzoś prędki! Pokażę go panu jutro rano.

— A gdzie pieniądze?

Opalona, brunatna prawie ręka Estebana, podobna do łapy goryla, wyciągnęła się do Włocha, który położył na niej dziesięć sztuk złota.

— Dalej! — rozkazał szlachcic prowansalski.