— Do diabła, jesteś pan drogi, mój panie!
Pięć nowych dukatów zadzwoniło na dłoni bandyty.
— To zaliczka — oświadczył on spokojnie. — Po sprawie wyliczysz mi waść trzy razy tyle.
A gdy Rinaldo przyglądał mu się z gniewnym zdziwieniem, Esteban dodał:
— Jak się zresztą podoba, wolno przyjąć lub nie!
— Nie mam czasu na targi — rzekł Rinaldo. — Zgoda zatem, ale niechże robota będzie porządna.
Straszny drągal wpatrywał się w Rinalda, nic nie mówiąc.
Wzrok jego był przenikliwy, tak obojętnie na wszystko przygotowany, tak spokojnie okropny, że Włoch czuł, jak dreszcz zimny przebiega mu po ciele.
— Nie powiedział mi waść dotąd nazwiska mego przeciwnika — rzekł wreszcie zbir.
— Nazwisko? Na cóż panu nazwisko! Nazywa się Castillan. Podejmuję się urządzić panu spotkanie z nim w odległości kilku mil od Paryża. Do pana należy wynaleźć powód sprzeczki.