— Niezmiernie prosty. Ten pan nazywa Agrypinę szkaradną, dla mnie jest ona piękną. Czyż nie uważasz, hrabio, powód ten za wystarczający?

— Najzupełniej!

— Chodźmy, panowie — wtrącił margrabia. — Pilno mi.

Lozerolles wynalazł natychmiast dla siebie sekundanta i czterej mężczyźni wyszli z pośpiechem na wąską uliczkę w sąsiedztwie Pałacu Burgundzkiego. Zaraz też, nie tracąc ani chwili, do szpad się wzięto.

— Do pioruna! — wykrzyknął margrabia, wymachując bezskutecznie szpadą dla zrobienia sobie drogi do serca przeciwnika. — Tęgi z pana szermierz!

— Doprawdy? A jednak zabawiam pana dotychczas tylko prowincjonalnymi figielkami.

— Ech, i z prowincjonalistów nie mańkuci! — odparł margrabia, płacąc za drwiny sztychem środkowym, w samo serce zmierzającym.

— Paryżanie tym bardziej! — rzekł tamten i odparowawszy cios, wykonał w tejże chwili pchnięcie tak niespodziane i tak zarazem mistrzowskie, że szpada przeszyła ramię margrabiego, zanim jeszcze zdążył się zastawić.

Walka była skończona.

— Winszuję — rzekł ranny, podczas gdy zwycięzca najspokojniej chował szpadę do pochwy. — Ale to wszystko jedno. Wiersze w Agrypinie nie są przez to ani na jotę lepsze i raz jeszcze zapytać muszę pana, jakim sposobem umiesz ich tyle na pamięć?