W rękach tego człowieka błysnęła lufa muszkietu.
W chwili gdy jeździec, zdający się lekceważyć to spotkanie, znalazł się o dwa kroki od nieznajomego, tamten zagrodził mu drogę.
— Litości, wspaniały szlachcicu! — zawołał głosem żebrzącym.
— Hola! — odparł jeździec, przedrwiwając. — Zdaje mi się, kochanku, że coś za ciężko obładowałeś się jak na żebraka!
I końcem bata uderzył go po muszkiecie.
— Drogi nie są teraz bezpieczne, jasny panie! — zauważył tamten, tłumacząc się.
— Ba, toć chyba nie masz nic do stracenia!
— Przeciwnie!
Po tym niespodziewanym słowie, które jakby nieumyślnie z ust mu wybiegło, ozwała się ponownie prośba, ale tym razem utrzymana w tonie szyderskiej2 pogróżki.
— Litości, wspaniały szlachcicu!