Na dźwięk tego głosu Castillan mimo woli zadrżał. Wydało mu się, że już ten głos słyszał kiedyś, choć teraz brzmiał on nieco inaczej.
— Bardzoś uprzejmy, mój chłopcze. Prowadź zatem, gdy masz ochotę.
Chłopiec pobiegł przed koniem, wskazując drogę i nieopodal stamtąd zatrzymał się przed wrotami stajni.
— Janie — zawołał — poświeć no wielmożnemu panu i zaprowadź konia do żłobu.
Gdy stajenny wszedł z latarnią, Sulpicjusz wziął ją do ręki, chcąc skierować światło na twarz swego przewodnika. Ale chłopiec zniknął.
„Co też mi się roi!...” — pomyślał Castillan.
I zwrócił się z zapytaniem do służącego:
— Czy tu można wieczerzać?
— Wieczerza wielmożnego pana już gotowa — odrzekł zapytany.
— Moja... wieczerza... gotowa! — wyskandował sekretarz poety.